O szewczyku i pięknej starościance
Jeden z dawnych starostów człuchowskich miał córkę Danusię, której matka zmarła we wczesnym dzieciństwie Danusi. Ponieważ dziewczynka była bardzo podobna do matki, starosta nie ożenił się powtórnie, lecz sam zajął się wychowaniem córki. Z Danusi wyrosła urodziwa panienka, ale niezwykle delikatna i smutna. Całe dnie spędzała w swej komnacie przed portretem matki, a w lecie siadała przed zamkiem i patrzyła na falujące jezioro. Nikt nigdy nie widział uśmiechu na jej twarzy.
Zrozpaczony starosta przywoził do zamku najsławniejszych lekarzy krajowych i zagranicznych, lecz żadne leki nie skutkowały. Medycy orzekli wreszcie, że są bezradni, gdyż Danusia jest chora na melancholię, czyli na brak chęci do życia. Zrozpaczony ojciec zwrócił się wtedy po poradę do miejscowej wróżki, znanej z różnych czarów i tajemnych praktyk. Staruszka orzekła, iż starościankę uzdrowi tylko ten, kto potrafi wywołać uśmiech na jej twarzy. Starosta ogłosił więc, że temu odda rękę córki i cały swój majątek, kto potrafi ją rozweselić i doprowadzić do śmiechu.
Do zamku człuchowskiego zjeżdżali zalotnicy z różnych stron kraju, przybył nawet błazen z królewskiego dworu. Wszyscy wyprawiali na dziedzińcu zamkowym pocieszne harce, gonitwy i figle. Ale starościanka przyjmowała gości obojętną twarzą i patrzyła na wszystko z wyrazem zniechęcenia i nudy, albo zamykała się na siedem spustów w swej komnacie.
Pewnego dnia do karczmy pod Człuchowem zawitał ubogi wędrowny szewczyk. Dowiedziawszy się o ogłoszeniu starosty i niezwykłej chorobie starościanki, przejął się głęboko jej losem i postanowił ją uzdrowić. W tym celu za ostatnie pieniądze kupił wyprawioną skórę wołową i uszył z niej ogromny trzewik, który osadził następnie na dwóch kołach. Za woźnicę do tak oryginalnego powozu przebrał swojego wiernego przyjaciela, Łatka. Był to poczciwy i bardzo mądry kundelek, biały, z czarnymi łatkami nad prawym okiem, na lewym uchu i u nasady wiecznie merdającego ogona. Od Łatka wciąż wprost tryskał szelmowski humor i ktokolwiek spojrzał na jego lekko przymrużone oczy, nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
Janek, bo takie było imię szewczyka, uszył Łatkowi piękny, czarny frak, w jakim chodzili w owe czasy tylko najelegantsi kawalerowie, na głowę włożył mu czarny cylinder, przednie łapy przyozdobił w białe rękawiczki, a tylne w czerwone buty. Tak przystrojonego Łatka posadził w powozie z batem w łapie. Powóz ciągnął sam Janek przebrany za krnąbrnego osiołka, który na końcach uszu miał zawieszone małe dzwoneczki.
Gdy Łatek zajechał pod zamek człuchowski, towarzyszyła mu już rozbawiona gromadka dzieci. Starościanka siedziała, jak co dnia na krużganku zamkowym i spoglądała smutno na jezioro. Na hałas i krzyki podniosła wzrok w kierunku bramy i naraz parsknęła serdecznym, dziewczęcym śmiechem.
- Popatrz, tatku, popatrz, co za śmieszny powóz! – wołała.
W tym momencie Łatek z wesołym ujadaniem strzelił z bata, a Janek, jak na prawdziwego osiołka przystało, zaczął wierzgać, stawać dęba, strzyc dzwoniącymi uszami i rżeć na całe gardło. Spod przyprawionego oślego pyska raz po raz wyglądała promieniejąca radością twarz szewczyka.
Danusia, podobnie jak wszystkie dzieci, klaskała z uciechy w dłonie:
- Cudowne! – wołała – cudowne!
Starosta wybiegł z zamku na dziedziniec, spoglądał na córkę, słuchał jej śmiechu i nie wierzył ani oczom, ani uszom. Po chwili przecisnął się przez gromadę dzieci do szewczyka i uścisnął go serdecznie:
- Dziękuję ci, młodzieńcze, dziękuję gorąco! Uleczyłeś mi córkę z okropnej choroby.
Następnie rozkazał obdarować wszystkie dzieci łakociami, a Łatkowi osobiście zawiesił na szyi pęto pachnącej kiełbasy. Wnet zjawili się zamkowi grajkowie i na dziedzińcu rozpoczęły się tańce, w których, o dziwo, brała udział również starościanka, wywijając z Jankiem skoczne mazury i obertasy. Radosny dzień zakończyła wspólna uczta w komnatach zamkowych.
Nazajutrz o świcie, gdy jeszcze wszyscy mieszkańcy zamku spali w najlepsze, starosta zerwał się z łoża i markotny począł przemierzać swoją komnatę:
- Co teraz począć? Danusia jest wprawdzie uleczona, ale co dalej? – Więc ty, dygnitarz królewski, masz wydać swą jedynaczkę za wędrownego szewczyka? – mówiła pycha magnacka. – A co na to powiedzą twoi bracia, siostry i krewni! – dopowiadała duma rodowa. – Ale ocalił ci córkę, ogłosiłeś publiczną odezwę i powinieneś teraz słowa dotrzymać – odpowiadało sumienie.
Nie mogąc sobie poradzić ze sprzecznymi myślami, postanowił udać się ponownie do wróżki po radę. Wysłuchała uważnie jego racji za i przeciw i zapytała:
- Więc chciałbyś się, mości starosto, wycofać z danej publicznie obietnicy?
- Właśnie nie wiem, co mam robić... Wdzięczny jestem szewczykowi za uratowanie córki, ale boję się ludzkiego śmiechu: szewczyk zięciem starosty, to okropne!
Wróżka zamyśliła się głęboko:
- W ogłoszonej przez ciebie odezwie jest zastrzeżenie, iż masz prawo postawić swemu przyszłemu zięciowi jeden warunek do wykonania. Wybór tego warunku zależy, mości starosto, tylko od ciebie. – Tylko od ciebie! – powtórzyła surowo.
Starosta bystro spojrzał na staruchę:
- Masz rację, wybór zależy tylko ode mnie.
Wcisnął w dłoń wróżki dukata i wracał powoli do zamku. A po drodze tak sobie myślał:
- Postawię mu taki warunek, że biedny szewczyk zlęknie się i czmychnie dobrowolnie, gdzie gorzki pieprz rośnie. A wtedy wydam moją Danusię za księcia lub królewicza.
Po południu Janek, odświętnie ubrany, stawił się na zamku człuchowskim, by prosić o rękę Danusi. Starosta przyjął go grzecznie, ale chłodno.
- Słowo rzecz święta, dałem je wszem wobec i nie cofnę, ale musisz wiedzieć chłopcze, że odezwa moja ma jeden warunek, który przyszły mój zięć winien spełnić, jeśli chce być godnym ręki starościanki.
- Spełnię wszystko, co każesz mości starosto, dla Danusi gotów jestem iść choćby do piekła!
- Powoli, młodzieńcze, powoli! Nikt tu o piekle nie mówi, tylko przyszły mąż Danusi, jako starosta zamku człuchowskiego po mojej śmierci, winien okazać wielką odwagę i dzielność.
- Jestem gotów – odrzekł Janek.
Starosta ujął go pod ramię i przyprowadził do okna.
- Widzisz tę najwyższą basztę zamkową nad jeziorem?
- Widzę – odrzekł szewczyk.
- A ten występ muru, zwany półką na samym jej szczycie?
- Widzę również, mości starosto.
- Słuchaj więc uważnie. Jutro od rana szwaczki z Człuchowa będą szyły Danusi ślubną suknię, ty zaś tymczasem usiądziesz o świcie na tym gzymsie wieżowym i zrobisz dla swej narzeczonej parę ślubnych pantofelków. Jeśli wykonasz je, jutro poślubisz Danusię, jeśli jednak tchórz cię obleciał – tu starosta spojrzał badawczo na chłopca – to przyznaj się od razu, a dostaniesz sto złotych dukatów i ruszysz precz z zamku człuchowskiego, starczy ci na założenie pięknego warsztatu szewskiego.
Janek potrząsnął płową czupryną:
- Dukatów, mości starosto, nie chcę, ale pantofelki uszyję Danusi tak piękne, że ładniejszych i w samej Warszawie nie zrobią. Proszę jedynie, bym mógł wziąć miarę na jej nóżkę.
Starosta stropił się co niemiara tą odpowiedzią, nie sądził bowiem, że sprawa przybierze taki obrót, ale zachował spokój i powagę:
- Niech i tak będzie, mości szewczyku.
Gdy się nazajutrz rozniosła wieść, że Janek szewczyk ma robić ślubne pantofelki dla starościanki siedząc na gzymsie basztowym, wszyscy mieszkańcy Człuchowa zgromadzili się pod wieżą zamkową. Starosta zabronił jedynie mówić o tym Danusi zajętej wyprawą ślubną.
A Janek tymczasem przywdział na siebie lniany fartuch szewski z wielką kieszenią na przodzie, włożył w nią pięknie barwiona skórę safianową na pantofelki, dalej młotek, szydło, dratwę, smołę i wszelkie potrzebne przybory. Prowadzony przez starościńskiego sługę wszedł po drewnianych schodach aż na szczyt wieży, przelazł przez maleńkie okienko na zewnątrz baszty i rozsiadł się wygodnie na występie muru o szerokości niespełna łokcia, a opuściwszy w dół bose stopy, rozglądał się przez chwilę po rozległym krajobrazie, bo jako żywo nigdy nie widział ziemi z tak ogromnej wysokości. Całe miasteczko Człuchów, jeziora, lasy i pola – wszystko to rozciągało się hen w dole pod jego stopami. U podnóża baszty roili się ludzie nie więksi nad palec.
- Ależ oni tyci jak bożęta – uśmiechnął się Janek.
Wzrok jego spoczął na zamku człuchowskim, gdzie mieściły się niewidoczne stąd komnaty starościanki. Przypomniał sobie, jako brał wczoraj miarę na maleńką nóżkę śmiejącej się ku niemu Danusi, i dziwna rzewność ogarnęła jego serce.
Wnet z zapałem zabrał się do pracy, i jeszcze słonko nie dobiegało południa, a już jeden złocisty pantofelek stał na półce obok niego. Odpoczął chwilkę, otarł pot z czoła i zabrał się raźno do drugiego, by zaś robota żwawiej szła, przyśpiewywał sobie starą piosneczkę. Piosence towarzyszył rytmiczny stuk szewskiego młotka.
Zebrani u podnóża baszty Człuchowianie słuchali z zapartym oddechem szewskiego śpiewu i stuku jego młoteczka, i z niecierpliwością oczekiwali ukończenia Jankowej pracy.
- Ale zuch szewczyk, ale zuch!- wykrzykiwali co chwilę.
- Niechybnie zostanie starościńskim zięciem – dodawali drudzy.
Tymczasem Jankowi zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki, a zwisłe nad przepaścią nogi zdrętwiały i poczęły szczypać jakby od ukąszenia niezliczonych mrówek.
- Już niedługo – pocieszał się – jeszcze tylko przybiję maleńki obcasik, i drugi pantofelek będzie również gotowy.
Wtem młotek wyśliznął mu się niechcący z drętwiejącej dłoni. Pochylił się szybko, by go uchwycić, lecz stracił równowagę i nagle runął w przepaść.
Krzyk wielki rozległ się u podnóża baszty, a wtórowało mu żałosne wycie wiernego Łatka.
Ludzie odszukali wśród zarośli otaczających basztę zwłoki Janka szewczyka. Całe ciało miał poranione, lecz twarz, nie draśnięta nawet ułomkiem gałęzi, zachowała wyraz wewnętrznej pogody i radości, które stale towarzyszyły mu przy pracy. Jakieś litościwe ręce odnalazły wśród krzewów dwa ocalałe złociste pantofelki: jeden był całkowicie ukończony, drugiemu brakowało obcasika. Postawiono je na noszach przy bosych stopach zmarłego, i żałobny orszak ruszył do zamku.
Wyszła na ich spotkanie Danusia w białej, ślubnej sukni, radośnie uśmiechnięta, ojciec bowiem ukrył przed nią rozkaz dany wczoraj szewczykowi. Gdy spostrzegła na noszach zwłoki Janka, a przy nim dwa ślubne pantofelki, uśmiech nagle zgasł na jej twarzy i osunęła się u stóp zmarłego. Nadbiegł przerażony starosta, chwycił ją w objęcia i zaczął cucić, lecz usłyszał jedynie ostatnie jej słowa, by pochowano ją razem z Jankiem i w jego złocistych pantofelkach. Chore od lat serce Danusi nie wytrzymało tego nagłego ciosu i bić przestało.
Pochowano ich we wspólnej mogile, a Człuchowianie przez długie lata opowiadali, iż w jasne noce księżycowe duch Danusi starościanki, przybrany w białą, ślubną szatę, snuje się po szczycie baszty zamkowej, a za nią podąża Janek szewczyk, niosący na wyciągniętych dłoniach dwa złociste pantofelki.
Później nadeszły nieszczęśliwe lata wojny, pożogi, upadku Rzeczypospolitej i niewoli pruskiej. Czas powoli zacierał smutne dzieje miłości dwojga młodych ludzi. Pozostało o niech tylko podanie. A kto chce wiedzieć, ile w nim jest prawdy, a ile baśni, niech zaduma się przy czytaniu i sam sobie dopowie.
Stanisław Świrko, 1986, „W krainie Gryfitów. Podania, legendy i baśnie Pomorza Zachodniego”, Wyd. Poznańskie, Poznań



