Złota kolebka
   

   Za polskich czasów stał w dzisiejszym lasku człuchowskim starościński zamek. Ongiś w Człuchowie starostą był książę Radziwiłł. Jednak na ogół trzymał się on daleko od swojej starościńskiej siedziby i pozostawiał zamek pod opieką zarządcy. Pewnego razu w ogrodzie zamkowym ścięto puste drzewo, w którym znaleziono stary pergamin. Zarządca zabrał ze sobą pergamin, nie mówiąc o nim nikomu ani słowa i próbował w tajemnicy rozszyfrować już prawie nieczytelne pismo. Po wielkich trudach w końcu to mu się udało. Tekst jego brzmiał:
      "Gdy dojdziesz do pierwszego mostku, skręć na prawo. Gdy dojdziesz do drugiego mostku - skręć w lewo. I tam, gdzie stoją trzy zamurowane pionowo kamienie, zakopany jest skarb".
     Nocą, gdy wszystko pogrążone było we śnie, wybrał się chciwy zarządca zamku w drogę. Szedł w ślad drogi zaznaczonej na pergaminie. I rzeczywiście - po długich poszukiwaniach znalazł miejsce w murze, gdzie były zamurowane pionowo zamiast poziomo trzy duże kamienie. Tutaj przebił mur i znalazł się w ciemnej pieczarze, w której kiedyś przechowywano skarb. Wśród złota, szlachetnych kamieni i kosztownych pereł znalazł pięknie zdobioną kolebkę, całą ze złota. Obejrzawszy wszystko dokładnie opuścił tajną pieczarę i zamknął otwór pieczołowicie. Swoje nocne odkrycie zataił przed wszystkimi.
      Po jakimś czasie książę Radziwiłł urządzał chrzciny na swoim oddalonym zamku. Zarządca chcąc się przypodobać swemu panu, udał się razem z dwoma zbrojonymi do pieczary i zabrał kolebkę. Wydawało mu się również, że w ten sposób stłumi gniew starosty, któremu dotąd nie powiedział o swoim odkryciu. Lecz grubo się pomylił. Książę zapytał, skąd prezent pochodzi. I zarządca opowiedział. Wtedy książę kazał go aresztować, zakuć w kajdany i zamknąć do więzienia. Lecz zarządca zdążył jeszcze szepnąć potajemnie jednemu ze swoich towarzyszy o skarbie. Ten bezzwłocznie udał się w drogę do Człuchowa. Jechał dniem i nocą, aby wyprzedzić wysłanych przez księcia ludzi, którzy mieli da niego zabrać cały skarb. Udało mu się. Gdy słudzy księcia zjawili się w zamku starościńskim cały skarb spoczywał już na dnie zamkowego jeziora, gdzie znajduje się do dziś. Nieszczęsny zarządca został za to ukarany śmiercią.